Wydawnictwo DRZEWO BABEL

Wydarzenia

Przejdź do wydarzeń archwialnych

 

Murzyni we Florencji

na podstawie „Murzynów we Florencji” Vedrany Rudan w przekładzie Marty Dobrowolskiej-Kierył

 

 

Reżyseria, adaptacja, scenografia: Iwona Kempa

Obsada: Elżbieta Karkoszka, Anna Tomaszewska, Martyna Krzysztofik, Jacek Romanowski, Sławomir Maciejewski, Maciej Sajur i Juliusz Chrząstowski

 

Premiera: 5 listopada 2017

 

 

Wywiad z Iwoną Kempą

 

 

Aleksandra Sowa: Po lekturze tekstu Vedrany Rudan ma się wrażenie, że tak naprawdę to kobiety są odpowiedzialne za patriarchat, a już na pewno są strażniczkami ustanowionego porządku.

 

Iwona Kempa: Nie wiem, czy tak jest, że kobiety są odpowiedzialne za patriarchat, ale wiem, że patriarchat przez wiele kobiet został głęboko uwewnętrzniony i bardzo trudno oddzielić się im od krzywdzących przekonań na temat innych kobiet.

Rudan bardzo umiejętnie pokazuje, że kobiety krzywdzą inne kobiety, bo same kiedyś zostały skrzywdzone - córka powtarza tu los matki. Czyli tak, jakby klątwa kobieca, a raczej krzywda kobieca była przekazywana we krwi, z pokolenia na pokolenie. Zresztą dużo łatwiej jest skierować frustrację, nienawiść, gniew na inną kobietę. Rudan pięknie pokazuje, że same doznawszy krzywdy od mężczyzn i od swoich matek, kobiety są przekonane o niezmienności losu i pilnują pewnych reguł gry. Jednak jej bohaterki coraz wyraźniej widzą, że za piekło na ziemi, które jest również ich udziałem, odpowiedzialni są mężczyźni.

 

A co z nienawiścią kobiet do innych kobiet? Jedna z bohaterek „Murzynów we Florencji” w akcie frustracji wylewa z siebie żal o to, że nie potrafimy, tak jak mężczyźni, wspierać się nawzajem.

 

Na szczęście, co zaznacza także Rudan, to się zmienia. Najmłodsza bohaterka mówi: tak, my się nienawidzimy, ale ja chcę to zmienić, ja nie chcę patrzeć kiedyś na córkę z nienawiścią, tak jak patrzy na mnie moja matka.

 

Ta wzajemna niechęć kobiet to sposób walki o władzę, męską przychylność?

 

Być może, choć u Rudan to raczej gniew i nienawiść do samej siebie i własnego życia, przerzucona na inną, bliską kobietę - matkę lub córkę. To nienawiść do bycia ofiarą, którą była moja matka i którą teraz jestem ja. Kobiety u Rudan nie walczą o władzę, raczej o godność i niezależność, o prawo do szczęścia lub chociaż do spokoju. Kobiety Rudan mają mężczyzn w dupie. Zrozumiały, że są same i muszą być samodzielne. Jeśli chodzi o władzę, to sprawa jest chyba nieco inna. Władza nadal często postrzegana jest jako konieczna i bezdyskusyjna hierarchia, dominacja i zależność, panowanie i podległość. Jeśli kobieta piastuje jakieś stanowisko, niestety często powiela taki hierarchiczny czy nawet autorytarny model sprawowania władzy. Realizuje wzorzec znany od zawsze, wierzy, że będąc u władzy tak trzeba. Musi zasłużyć na aprobatę otaczających ją mężczyzn. Władza u nas często kojarzy się bardziej z hierarchią i posłuszeństwem niż z opieką i odpowiedzialnością za innych ludzi. Niektórzy ciągle wierzą, że potrzebujemy władców, a nie liderów czy liderek. W teatrze też się to zdarza. Zamiast lidera zespołu czasem niestety pojawia się dyrektor, zazwyczaj mężczyzna, który demonstruje, kto tu rządzi. A ktoś mądry powiedział, że kierowanie ludźmi to podążanie za nimi…To ciekawe, że choć teatr polski bardzo szybko się zmienia i jest teraz bardzo dużo młodych reżyserek, dyrektorami teatrów w przeważającej większości są nadal mężczyźni, to oni dogadują się z innymi mężczyznami - marszałkami, prezydentami i ministrami.

 

Czemu akurat Rudan? To bardzo mocny tekst, a ja i myślę, że także inni widzowie w Krakowie, pamiętają Cię z „łagodniejszych” tekstów i przedstawień.

 

To jest pozór! W mojej podróży przez teatr było kilka bardzo ostrych tekstów. Tęsknię do nich! Przyznam jednak, że czasami wydawało mi się, że nie warto krzyczeć, że warto powiedzieć coś szeptem, zadbać o skupienie, bliskość, intymność. Teraz czuje, że trzeba krzyczeć. Krzyk, wściekłość i gniew Rudan korespondują z moim obecnym stanem ducha.